Archiwum kategorii: Historia

Plebiscyt na Mazurach

Kończy się I Wojna Światowa; Europa Środkowa stoi u progu wielkich zmian. Rozpada się monarchia austro-węgierska, Rosja ogarnięta jest rewolucyjnym szałem, a państwo niemieckie walczy z wewnętrznym kryzysem. Za moment powstanie szereg państw o niepewnych granicach, w tym Polska. Delegacja z kraju nad Wisłą, na której czele stanął Roman Dmowski, w Wersalu przedstawia swoje żądania terytorialne. Jednym z postulatów jest włączenie Warmii i Mazur, a ściślej mówiąc terenu rejencji olsztyńskiej. Państwa Ententy postanawiają zgodnie z doktryną amerykańskiego prezydenta Wilsona – tam, gdzie toczy się spór o granice, mają być przeprowadzone plebiscyty. Pomysł zacny, lecz mało kto spodziewał się, jak wielką farsą zakończy się mazurskie referendum. A działo się wiele – skala nieprawidłowości była tak pokaźna, że przy lipcowym plebiscycie niedawne głosowanie na Krymie uchodzić by mogło za wzór demokracji.

Wersal – wstęp do katastrofy

W Wersalu ustalono kilka bardzo istotnych spraw. Z obszaru plebiscytowego wycofać się miały organa władzy niemieckiej. Był to zresztą polski postulat, o którym nawet sami mazurscy działacze wyrażali się mało pochlebnie. A to dlatego, że na miejscu pojawiła się wielonarodowa administracja Ententy, która – umówmy się – niespecjalnie przejmowała się tym, by zapewnić tu względny spokój. Międzynarodowe siły zbrojne, które miały tu przybyć, pojawiły się w liczbie mniejszej niż 50% tego, co ustalono w pertraktacjach. Komisja aliancka urzędująca w Olsztynie faworyzowała Niemców. Brak należytej kontroli, w tym również organów zapewniających bezpieczeństwo, to była woda na młyn niemieckich nacjonalistów. I tutaj muszę podzielić się osobistą refleksją – często za początek niebezpiecznych ruchów w Niemczech uznaje się czasy Wielkiego Kryzysu pod koniec lat 20. ubiegłego wieku. Nieprawda. Naród niemiecki toczyła gangrena narodowa już od początku stulecia, a wyczyny narodowców na terenach plebiscytowych są doskonałym tego dowodem. Polskie i zagraniczne media donosiły wielokrotnie o atakach na propolsko nastawioną część mieszkańców. Nierzadko zdarzały się pobicia, bywały przypadki śmiertelne. Grożenie wydaleniem z Prus Wschodnich stanowiło normalną część życia Mazurów optujących za Polską.

Cud nad urną

Jednak działalność nacjonalistycznych bojówek nie była jedyną przyczyną takiego, a nie innego wyniku plebiscytu. Bardzo ważna była kolejna reguła ustalona w Wersalu – w głosowaniu oprócz stałych mieszkańców wziąć udział mógł każdy, kto urodził się na terenie plebiscytowym. Zasada ta objęła blisko 200-tysięczną wschodniopruską diasporę żyjącą w uprzemysłowionej Westfalii. To w tym kierunku tysiące rodzin uciekały przed biedą. To w tych „prawdziwych” Niemczech znaleźli pracę, chleb. Ich proniemieckość była więc czymś naturalnym. Polacy nie przewidzieli, że z Westfalii, Nadrenii i innych landów na czas plebiscytu dotrze na Warmię i Mazury ok. 157 tys. osób. Stanowiło to 37% uprawnionych do głosowania w rejencji olsztyńskiej. Oczywiście stała za tym doskonale zorganizowana akcja państwa niemieckiego, ale powiedzmy sobie szczerze – czy mamy prawo mieć o to do kogoś żal? W świetle ustalonych zasad wszystko było w porządku.

Niestety demokratyczność samego głosowania nie jest czymś oczywistym. Listy wyborców były czasami uszczuplone o tych, których podejrzewano o sprzyjanie Polsce. Ludzie przychodzili na głosowanie i okazywało się, że nie ma ich w spisie. Auf wiedersehen. W komisjach wyborczych często brakowało polskich przedstawicieli. Wszystko wskazuje na to, że Niemcy zwyczajnie sfałszowali wyniki. I co z tego? I nic, bo sfałszowali według mnie i tak wygrane dla siebie wybory.

Polski nieład

Musimy także spojrzeć krytycznym okiem na działania strony polskiej. Od samego początku słabo skoordynowane, robione amatorsko przez entuzjastów – z żenująco słabym wsparciem rządu w Warszawie. Owszem, Polacy zajmowali się wojną z bolszewikami, a w ich interesie istotniejszym terenem zdawał się Śląsk i tamtejsze przygotowania do plebiscytu. Żądanie terytorialne w sprawie Mazur wyglądało nieco chyba na zasadzie „a nuż się uda, co nam szkodzi spróbować”. I taka byle jaka postawa mogła mieć pewien wpływ na wyniki. Nie było odpowiedniej liczby agitatorów, nie zapewniono im wsparcia finansowego i ochrony. Z kolei ci, którzy zostali wysłani „na front” mazurski, nierzadko nie mieli pojęcia, do kogo przybywają. Poniższa zabawna anegdota z autobiografii Emilii Sukiertowej-Biedrawiny, mazurskiej działaczki, choć była zapewne skrajnym przypadkiem niekompetencji, pokazuje dość wyraźnie brak przygotowania wielu polskich agitatorów.

Pewna wielce energiczna i zarozumiała panna rwała się w teren. (…) Wyjechała w okolice zamieszkałe przez gromadkarzy – było to coś w rodzaju sekty, która nie chcąc podporządkować się pastorom-germanizatorom oderwała się od kościoła unijnego, czyli prusko-narodowego. Tym gromadkarzom w dużej mierze zawdzięczamy przetrwanie mowy polskiej na Mazurach. Byli oni skromni, cnotliwi, nie uznawali alkoholu, nie palili papierosów.

W jednej wiosce miało się odbyć w szkole zebranie dla kobiet. Zeszło się dużo godnych, poważnych „białek”, hożych „dziewczaków”, nieśmiałych i skromnych. I otóż owa prelegentka-agitatorka, wysoka i tęga, usiadła sobie bezceremonialnie na stole, założyła nogę na nogę i zapaliła papierosa.

Wśród zebranych nastąpiła konsternacja. Nie padły słowa protestu, ale jedna za drugą kobiety zaczęły opuszczać izbę szkolną. Kiedy znalazły się na dziedzińcu, jedna z mówniejszych niewiast powiedziała:

– To takie są polskie kobiety? Na stole chleb się kładzie, a nie siada tyłkiem! To obraza boska. Toć chłopom kurzyć nie przystoi, a co dopiero babie! My takiej Polski nie chcemy.

W tych stronach już się więcej nie udało zwołać zebrania. Mogłabym przytoczyć więcej takich „wyczynów”.

Czy mogło być inaczej?

Długo zastanawiałem się nad tym, czy gdyby westfalscy robotnicy zostali w domach, gdyby nie było pobić i mordów, fałszerstw, polskiego nieładu organizacyjnego… czy to zmieniłoby rezultat plebiscytu? Uważam, że nie. Mazurom Polska nie była do szczęścia potrzebna. Nie odczuwali tęsknoty do niej (bo i nigdy tu Polski nie było), nie czuli się wcale tak wielce uciskani (bo germanizacja już w tym czasie się niemal kończyła – ze sporym sukcesem), było im dobrze w tym małym, znanym sobie światku. Nie chcieli ryzykować, co przecież tak mocno wpisuje się w mazurską mentalność. A i bogactwami czy wyższością technologiczną Polska ich skusić nie mogła.

Była jeszcze jedna szansa na polskie Mazury przed 1945. Władze w Warszawie nie chciały uznać wyniku plebiscytu. Sytuacja była na tyle napięta, że wielu Mazurów spodziewało się polskiej interwencji zbrojnej. Czy stanęliby po którejkolwiek ze stron? W książkach traktujących o Mazurach (czy to E. Sukiertowej-Biedrawiny, czy to W. Mierzwy) można wyczuć, że Mazurzy z pewnym podnieceniem wyczekiwali polskiej armii. Ale to raczej z plotkarskiej ciekawości, nie z realnej tęsknoty.

A co później działo się z tymi, którzy stanęli za Polską albo co gorsza propagowali odrębną tożsamość mazurską, to chyba możecie się, drodzy czytelnicy, domyślić…